Najbliższa impreza:  

Jakub Matuszkiewicz - Na krańcach świata - Rosja

"Kamczatka - gorący oddech ziemi"

Gdy jestem we wnętrzu gorącego brzucha wulkanu wśród syczących fumaroli, a dech zapiera mi siarka, czuje się jak u wrót księstwa Lucyfera. Wrót, które mogą nagle się otworzyć. Gdy za kilka dni niespodziewanie staję oko w oko z dwoma młodymi niedźwiedziami, drętwieję ze strachu. Te dwa obrazy jawią się mi najczęściej, gdy pomyślę: "Kamczatka".

Poligon otwarty dla świata

Po piętnastu godzinach lotu samolotem IŁ-86 linii Pulkovo z Sankt Petersburga docieramy do Pietropawłowska Kamczackiego. Przed lądowaniem widzimy szczyty stożków wulkanicznych (tzw. sopek) otaczających miasto położone nad Zatoką Awaczyńską. Wciąż odczuwam lekkie zmęczenie, a zwłaszcza 11 godzin różnicy w czasie. O tyle wcześniej wschodzi tu słońce.

Od pierwszej chwili nie mogę nadziwić się widokowi trzech największych wulkanów (Awaczyński, 2751 m, Koriacki, 3458 m i Wiluczyński, 2175 m), które wciąż towarzyszą nam podczas jazdy po mieście. Centrum stolicy Kamczatki jest czyste i zadbane, z piękną promenadą, nad którą czuwa towarzysz Lenin. Miasto jest typowym, socrealistycznym blokowiskiem. Wiele z budynków wcześniej obłożono blachą, która rdzewiejąc robi wrażenie raczej przygnębiające. Gdy przed takimi blokami widzę drogie japońskie samochody tereno?e z kierownicą po lewej stronie, jestem zaskoczony. Jak się później dowiaduję, Japończycy chętnie i tanio sprzedają Rosjanom swoje produkty za surowce wtórne, a zwłaszcza za złom, którego walają się tu tysiące, a może nawet miliony ton. Kilka lat temu gubernator Kamczatki odrzucił jednak propozycję sąsiadów uprzątnięcia półwyspu w zamian za niepotrzebne wspomnienia po wielkiej industrializacji Kraju Rad.

Walczymy z rejestracją paszportów. Ksiądz Krzysztof Kowal, proboszcz miejscowej parafii, pomaga nam wypełnić druki. Dopiero po trzech dniach otrzymujemy zezwolenie na poruszanie się po Obwodzie Kamczackim. Nie dotyczy ono jednak całego, liczącego 1200 km długości i szerokiego na 450 km półwyspu, którego powierzchnia (370 tys. km2) jest o ok. 20% większa od Polski. Do niedawna terytorium to było oczkiem w głowie tajnych służb sowieckiej Rosji ze względu na poligony z bronią atomową oraz istniejący do dzisiaj w Pietropawłowsku port wojenny z podwodnymi łodziami o napędzie nuklearnym. W roku 1991 Kamczatka oficjalnie została otwarta dla gości zagranicznych. Tłumu turystów tu jednak nie widać ze względu na odległość, brak dróg, kolei i ceny usług, często dostosowywane do portfeli Amerykanów i Japończyków.

Wrota do piekieł

Kamczatka, wraz ze swoimi 160 wulkanami (najwyższy Kluczewska Sopka ma 4850 m), z których 29 jest obecnie aktywnych, należy do tzw. pacyficznego pierścienia ognia, który rozciąga się wzdłuż brzegów Oceanu Spokojnego - od Nowej Zelandii przez Indonezję, Filipiny, Japonię, Alaskę, Kalifornię aż do Peru i Chile. To w tych regionach występuje ponad 80% wszystkich trzęsień ziemi. Gdy jesteśmy w Pietropawłowsku na drzwiach poczty, urzędów i sklepów czytamy ogłoszenia o mającym nastąpić za niespełna miesiąc trzęs?eniu ziemi.

Wcześniej jednak stajemy u wrót piekieł, czyli w brzuchu aktywnego wulkanu Mutnowskiego (2322 m), oddalonego o 75 km od Pietropawłowska. Przewodniki podają, że można tam znaleźć się po dwóch godzinach marszu. Na skutek dużych zwałów mokrego śniegu droga jest nieprzejezdna. Kierowca wynajętego urala wysadza nas przy elektrowni geotermalnej, skąd przez pięć godzin musimy pokonywać po śniegu, piaskach, gruzowiskach i lodowcach 14-kilometrowy odcinek drogi. Przez rozłam wchodzimy do pierwszego z trzech krateró?. Jego ściany pokryte są żółtą i czerwoną siarką, a u góry na nich widzimy spękany lodowiec, spod którego wydobywają się kłęby pary. Idziemy wyżej rozpadliną z fumarolami, czyli swoistymi "wentylami" wulkanu, którymi wydobywają się z sykiem ogromne ilości duszących nas gazów. Obok płynie błotna rzeka Wulkannaja zasilana przez zmieszane z popiołem wody z topniejącego lodowca. Nagle jej bieg kończy się w jednym z fumaroli. Gotująca się tam woda tworzy jakby gejzer otoczony gęstym, czarnym dymem.

Do drugiego krateru idziemy przez strome zbocze pokryte lodem i żwirem. W pewnym momencie żwir usuwa się spod stóp 14-letniego syna uczestniczącej w wyprawie rosyjskiej lekarki. Chłopak leci kilka metrów w dół i - na szczęście - zatrzymuje się na olbrzymim głazie, za którym czekała na niego 400-metrowa przepaść do drugiego, wypełnionego zamarzniętym jeziorem, krateru. Po jego koronie dochodzimy do trzeciego krateru usianego ogromną ilością fumaroli wyrzucających z siebie z impetem gorący dym i kłęby pary wodnej. Wtedy na twarzach czujemy prawdziwy oddech ziemi.

Droga powrotna wiedzie znów do elektrowni, gdzie czeka nasz samochód. Wulkan Mutnowski ma jedne z największych zasobów energii geotermalnej na świecie. Jej moc ocenia się na 300-400 MW. W 2002 roku otwarto pierwszą część Mutnowskiej Elektrowni Geotermalnej o mocy 50 MW (dwie turbiny produkują po 25 MW). Elektrownia jest w pełni zautomatyzowana, a zimą z uwagi na kilkumetrowe śniegi pracownicy przemieszczają się między budynkami podziemnym korytarzem.

Spotkanie pierwszego stopnia

Kolejnego dnia szutrowymi drogami "pędzimy" starym autobusem marki Asia do odległej o 400 km od Pietropawłowska wsi Esso w Górach Środkowych, nazywanej Szwajcarią Kamczatki. Po 13-godzinnej podróży czeka na nas termalny basen i przyzwoity pensjonat w cenie 30 zł od osoby za noc. Po szarościach stolicy i duszących dymach wulkanu Mutnowskiego, Esso cieszy nasze oczy kolorowymi, drewnianymi domkami z zadbanymi ogrodami, a także swoją lokalizacją wśród malowniczych gór, w które wyruszamy nazajutrz.

Na "rozkręcenie kondycji" bierzemy najpierw górę o wysokości ok. 1800 metrów, z pozoru łatwą do zdobycia. Musimy jednak przedzierać się przez tajgę i tundrę, a tam ucztę z naszych ciał zaczynają sobie urządzać ogromne ilości muszek i olbrzymich komarów. Miejscowi twierdzą, że niektóre są tak wielkie, że gdy zaciśnie się takiego w dłoni, to jego nogi wystają między palcami. Nie wiem dlaczego moje białe ciało ulubiły sobie najbardziej (po ok. 30 ukąszeń na każdej ręce i 15 na twarzy)?

Jestem już tym zmęczony i wykończony! Towarzysze zostawiają mnie pod samym szczytem na ławeczce. Wiaterek zdmuchuje ze mnie owady. Gdy odwracam się o 180 stopni, nagle w odległości 20 metrów przede mną widzę, że zza krzaka spogląda głowa niedźwiadka, a po sekundzie - druga. Jestem sam, nie mam butów na nogach. Uciekać nie wolno, bo zwierzęta będą instynktownie gonić "zdobycz". Unoszę ręce do góry, by stać się większym i je przestraszyć. Na chwilę odwracają się, a ja wkładam nogę w jeden but. Znowu na mnie ?atrzą, więc wyprostowuję się i ręce do góry. Drugi niedźwiadek też stanął na tylnych łapach, a ja jeszcze wyżej na palcach. Odwracają się. Wkładam drugą nogę do buta. One znów patrzą na mnie. Stoję na palcach w bezruchu. W końcu odwracają się i odchodzą. Są młode. Teraz boję się, żeby nie przyszła ich matka. Zakładam na siebie wszystkie plecaki i torby towarzyszy. W kieszeni kamizelki kolegi odnajduję świetlną racę odstraszającą. Na szczęście matka niedźwiadków nie przyszła! Moi towarzysze wracają po godzinie, długiej godzinie mojego strachu. Teraz już wiem, że opowieści o tragicznych spotkaniach z niedźwiedziami na Kamczatce (i nie tylko!) - to nie science fiction. Miałem szczęście! Zabrakło wyobraźni, bo widzieliśmy odchody niedźwiedzi i w tej sytuacji nikt nie powinien zostawać sam, a zwłaszcza bez racy lub broni przy sobie.

Kilka dni później uczestniczę w foto safari z uzbrojonym przewodnikiem. W Kotlinie Tołmaczowej z odległości ok. 200 metrów obserwujemy kilkadziesiąt niedźwiedzi pasących się na łące jak krowy. Na Kamczatce nie trudno jest je spotkać, bo doliczono się ich tutaj ponad osiem tysięcy.

"Ludzie stąd"

Na półwyspie żyje 310 tysięcy ludzi (z tego 200 tys. w stolicy), głównie Rosjanie, Koriaci, Czukcze, Itelmeni oraz Eweni. Migracja i przesiedlenia z czasów budowy komunizmu spowodowały, że ludności rdzennej mieszka tutaj niewiele, tylko 25 000 osób. Zwłaszcza po upadku Związku Radzieckiego próbuje ona odzyskać swoją etniczną tożsamość. Wioski Esso i Anawgaj są skupiskiem Ewenów (w tłumaczeniu: "ludzie stąd"). Mają oni pełną świadomość, że doskonalenie i rozwój hodowli reniferów umacnia ich nie tylko ekonomicznie, ale również etnicznie. Są to ludzie mocno związani z naturą, wierzą w duchy rzek, gór i tundry, a niedźwiedzie, jelenie, foki, miliony łososi, niezliczone ptaki, to dla nich bezcenne skarby tej ziemi i część ich samych.

Kultura tego ludu ma wymiar nie tylko historyczny, aczkolwiek i taki oglądamy w Muzeum Etnograficznym w Esso. W oddalonej o 20 km wiosce Anawgaj trafiamy do obozu i na występ folklorystyczny młodych Ewenów. Zapraszana tam jest też młodzież szkolna z całej Kamczatki i turyści.

W ich rytmicznym tańcu widać wyraźnie szamańskie i animistyczne tradycje, m.in. kult niedźwiedzia, który po zabiciu jest przez myśliwych opłakiwany i przepraszany. Eweni czasami mówią o sobie "oroczo", czyli renifer, a rogi tego zwierzęcia często noszą podczas swoich obrzędów.

Życie na półwyspie nie jest łatwe. Większość towarów przemysłowych jest sprowadzana transportem morskim i lotniczym.

Po upadku sowieckiego imperium sporo ludzi straciło pracę i źródło stałego dochodu. Wielu wyjechało w inne regiony Rosji, inni żyją z dnia na dzień, czerpiąc całymi garściami z bogatej spiżarni natury. Zwłaszcza ryb (łososie, pstrągi, halibuty) oraz ikry tu nie brakuje. Czarny kawior, szalenie drogi, jest przemycany przez kłusowników ("brakonierów") do Japonii i Korei Południowej.

Nad Morzem Ochockim oglądamy całkowicie opuszczone i plądrowane przez szabrowników współczesne miasto. Widok jest przygnębiający. Oktriabsk swoją nazwę wziął - o ironio! - od Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

Polacy na Kamczatce

Polacy związani są mocno z historią półwyspu. Jan Ignacy Kozyrewski odkrył w XVIII wieku Wyspy Kurylskie. Trafiali tu zesłańcy, jak np. gen. Józef Kopeć, czy Maurycy Beniowski, żołnierz, powstaniec i nauczyciel gramatyki. We wsi Klucza szachiści jeszcze teraz posługują się określeniem "mat Beniowskiego". Benedykt Dybowski, to z kolei znany lekarz, fotograf i społecznik. Natomiast Walery Skibicki, inżynier architekt, aktywnie uczestniczył w budowie portu lotniczego w stolicy półwyspu.

My natomiast spotykamy księdza Krzysztofa Kowala z Koszalina, który przyleciał trzy lata temu z Irkucka do Pietropawłowska, by zbudować pierwszą w historii Kamczatki świątynię katolicką pod wezwaniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Jest pozwolenie władz, brakuje pieniędzy. Proboszcz parafii na końcu świata napisał: "11 000 km od Polski wśród dymiących wulkanów, głodnych niedźwiedzi i 3-metrowych śniegów rośnie Kościół dla katolików, dzieci tych, których zesłano lub którzy pojechali za chlebem z Polski, Ukrainy i Białorusi". Akcji towarzyszy TV Polonia. Podajemy nr konta: Bank PeKao S.A. I/O w Koszalinie, Krzysztof Kowal, ul. Seminaryjna 2, 75-950 Koszalin, 57 1240 1428 1111 0000 2250 3956 (z dopiskiem Kościół na Syberii).

Wracam z Kamczatki pełen wrażeń i pozytywnej energii. Miesiąc pobytu na wielkim półwyspie to stanowczo za mało, więc planuję już wkrótce na niego powrócić.

Tekst i zdjęcia:
Jakub Matuszkiewicz
jakub@obiezyswiat.com

Reportaz jest częścią Ogólnopolskiego Magazynu Turystycznego OBIEŻYŚWIAT nr 1(9)/2007.
Wiecej na www.obiezyswiat.com

Copyright © 2007 - WŁÓCZYKIJ
webdesign: www.kostek.net