Nasz Region

- Powrót Bratów z Rakemna - Wywiad z Kubą Stankiewiczem

Rozmowa z Kubą Stankiewiczem z Gryfina, wokalistą rock'n rollowej grupy Braty z Rakemna.

Co słychać u Bratów z Rakemna?
- Braty zebrały się do kupy po 5 latach, od czasu, kiedy to ukazała się nasza pierwsza płyta. Obecnie przygotowujemy się do wejścia do studia. 31 maja w Warszawie, w studiu Maćka Cieślaka z zespołu Ścianka będziemy nagrywać drugą płytę, na którą czekaliśmy bardzo długo. Materiał na nią powstawał przez cały ten czas, kiedy niby nas nie było, wszak zespół nie rozpadł się ani oficjalnie nie zawiesił działalności.

Nie boicie się wrócić po tak długiej przerwie?
- To, co powoduje, że bierzemy się za granie, nie jest chęcią zaspokojenia czyichś oczekiwań, to raczej coś, co siedzi w nas. Są to pewne rzeczy, które gdzieś szukają ujścia i dlatego powstają piosenki. Kiełkuje w głowach coś, czym chcemy się później z publicznością podzielić. To są szczere emocje, względem których nie możemy żywić obaw. Odczuwamy raczej potrzebę podzielenia się tym, jak swego rodzaju komunikatem i to nas niesie. Natomiast wszystkie inne rzeczy, takie jak silenie się na popularność, chęć schlebiania gustom i rachuby z tym związane to oportunizm, totalnie wtórne sprawy, na które w naszej muzyce nie ma miejsca.

Czy liczycie na dobry odbiór nowej płyty?
- Nie ma presji, choć gdzieś tam w środku jest takie małe "o kurcze, wtedy się udało". Publika i krytyka dobrze przyjęły naszą pierwszą płytę i przyznaję, fajnie byłoby to powtórzyć. Jak na debiutantów poprzeczkę postawiliśmy sobie relatywnie wysoko. Mamy swoje ambicje, jak już za coś się bierzemy, to chcielibyśmy, żeby to była dobra rzecz. Firmujemy to wszystkim, co za nami stoi i bierzemy za to odpowiedzialność. Znamy się dobrze i wiemy, jakie mamy wobec siebie oczekiwania.

Jak długo pracowaliście nad materiałem na drugą płytę?
- Materiał powstawał praktycznie przez cały ten czas, gdy nas "nie było". W tym okresie każdy z nas gdzieś tam grał, ja pisałem piosenki, Przemek pisał piosenki - pula premierowego materiału pęczniała. We dwójkę wylądowaliśmy w Dublinie, co przełożyło się na naszą dłuższą nieobecność. W tym czasie kupiliśmy nowe graty, sprzęt, którego wcześniej nie mieliśmy, a który wpływa na poprawę brzmienia zespołu i komfort pracy. W chwilach wolnych, poza pracą stricte zarobkową, spotykaliśmy się, graliśmy. Duża część materiału, który znajdzie się na tej płycie pochodzi właśnie z Irlandii. Są tam także kawałki z czasów zaraz po premierze pierwszej płyty.

Skąd pomysł na powrót?
- Przez cały czas naszej scenicznej nieobecności żyłem myślą, że nowa płyta powstanie. Nie było tak, że stwierdziłem: a poczekam, a nie wiem, a bo coś tam... Długa to była przerwa, ale tak po prostu wyszło. Strasznie chciałem zrobić tę płytę wcześniej, ale dopiero teraz, w takiej konfiguracji to się udaje.

Jakim jesteście zespołem, jaka jest wasza muzyka?
- Nigdy nie byliśmy jakoś tak specjalnie poukładani, pozapinani, czujni i skoncentrowani na tym jak, gdzie, kiedy i co powinno się powiedzieć. Muzyka, którą robimy i treści, które wypuszczamy w eter są dla nas najistotniejszą sprawą. W muzyce tej zawiera się całe sedno tego, co chcemy przekazać i zawsze tak to traktowaliśmy. A cała reszta jest tylko resztą.

Skoro tak długo czekaliśmy na tę płytę, to czy mamy prawo oczekiwać wyjątkowo dobrego materiału?
- Chcielibyśmy, żeby to była dobra płyta. Potrzeba było ogromnej determinacji i wiary, aby ona powstała i w tym też jej siła. Materiału mamy bardzo dużo. Masa rzeczy jest rozdrapanych, piosenki bez tekstu, teksty bez dźwięków, około 50 potencjalnych utworów czekających na swój moment. W tej chwili skupiliśmy się na tych najbardziej zaawansowanych formalnie i lirycznie, będących odbiciem naszej mentalnej kondycji. Jest to 16 piosenek, z których na płytę wejdzie zapewne 10-12.

Czy łatwo tworzy się płytę, kiedy widujecie się praktycznie raz w miesiącu?
- W trakcie obecnych spotkań, "zlotów" gramy do bólu, po 12 godzin dziennie, korzystając z okazji, że możemy się spotkać. Paradoksalnie, kiedy zbieraliśmy materiał na debiutancki krążek, to choć cały zespół był na miejscu, to wszystko jakoś się przedłużało. Tymczasem teraz wystarczyły 4 takie kilkudniowe "zloty" i mamy opracowanych 16 kawałków. Może przez tę przerwę, a może przez ten gryfiński klimat, wszystkie ząbki nagle zatrybiły i możemy pracować nad płytą.

Jaki jest wasz obecny związek z Gryfinem?
- W tej chwili z całego zespołu tylko ja mieszkam w Gryfinie. Wróciłem tu trzy tygodnie temu z Wołomina. Maciek mieszka za Odrą, jak obecnie wielu naszych rodaków, Jarek w Szczecinie, Przemek w Otwocku. I to jest najciekawsze. Teraz jest tak, że musimy te próby organizować w formie zlotów. Zjeżdżamy tu wszyscy na 3-4 dni i gramy ile możemy. Dzięki uprzejmości Gryfińskiego Domu Kultury mamy miejsce, w którym możemy się spotkać i pograć.

Kiedy będziemy mogli zobaczyć was na koncercie w Gryfinie?
- Prawdopodobnie będziemy grać na Sztukowaniu. Przy organizowaniu koncertów musimy brać pod uwagę, że Jarek gra jeszcze w dwóch innych zespołach, trzeba więc to dobrze zaplanować. W każdym razie jest opcja na występ w Gryfinie, musimy ustalić termin i potwierdzić naszą obecność. Będzie to prawdopodobnie oficjalna, ogólnopolska premiera naszej drugiej płyty. Oczywiście, jeśli zdarzy się taka okazja, to będziemy występować wcześniej. Chcielibyśmy nowy materiał ograć również i na koncertach, jednak w tej chwili skupiamy się przede wszystkim nad pracą studyjną, nad nowym albumem. Koncert, owszem jest fajny, jest adrenalina, inaczej wszystko słychać... Ale musimy pamiętać, że mamy niewiele czasu, ponieważ czeka nas jeszcze dużo pracy nad samą płytą.

Wywiad zamieszczamy dzięki uprzejmości Gazety Gryfińskiej. Rozmawiał Maciek Puzik.

Kuba Stankiewicz

Nasz Region na Włóczykiju 2011