Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży - Włóczykij
  • Program
  • Bilety
  • Zamów wejœciówki internetowo
  • Noclegi
  • Dojazd
  • Kontakt
  • Facebook

- Pilotkowe wspomnienia z VI Gryfińskiego Festiwalu Miejsc i Podróży "Włóczykij"

Jedenaście krótkich dni, które zatrzęsły spowitymi szaro-brunatnym melanżem przedwiośnia posadami Gryfina, i wplotły we fronty budynków, bure trawniki i skwery magiczną zieleń... Trwały chwilę, jak ziarna piasku przesypywane w klepsydrze mijającego czasu, jak piękny sen pod powiekami.

Ostatni, zimowy wiatr zamiótł już ślady bytności Włóczykija, opustoszał, pokrył się patyną zapomnienia kościółek w Czachowie, którego namalowanych niewprawną ręką malarza-samouka fresków nikt nie podziwia, Bielinek mimo zaklęć mojego ulubionego sołtysa Ryśka (człowieka, który ocalił Dolinę Miłości), wraz z popiołem wygasłego ogniska powrócił o tej porze roku do drzemki, z której na krótko wyrwała go grupa włóczykijów, poindustrialne, sypiące się budynki z historycznym rysem i inne zachodniopomorskie tajemnice ukryte na dawnych cmentarzach porośniętych gąszczem pierwszych przebiśniegów i krzakami dzikiej róży czekają aż dla szerszej publiczności odkryje je Michał Rembas.

Dni mijały szybko, zegar ani na moment nie chciał się zatrzymać, odmierzając równo i nieubłaganie swoje dźwięczne tik-tak, senne miasteczko na zachodnich rubieżach było rozświetlone jakąś radością, wokół pełno twarzy znajomych, nieznajomych, starych i młodych, jakby nagle z ukrycia wyszło i lśniło życie w Gryfińskim Domu Kultury. Ekscytujące spotkania z podróżnikami, mapa będąca pochodną ich wewnętrznego kosmosu, który tu i ówdzie wyziera sponad zdjęć i filmów i wtłacza w pewne klimatyczne ramy opowieść, tworzy nastrój intymności, tak że czujesz jakbyś słuchał kogoś, kogo dobrze znasz, a jego przygody były tymi, które ty mogłeś przeżyć, gdzieś w innym czasie, obcej nieoswojonej przestrzeni. Utrzymane w zielonej tonacji, ogromne czapki z filcu i koszulki, baner z rozłożystym drzewem przed wejściem do GDK-u, znak drogowy z sylwetką Włóczykija. Nocny ekstremalny rajd na orientację przez rozmokłe, grząskie pola, energetyczne koncerty do bladego świtu, huczny bal w hawajskim stylu i drinki po wypiciu, których czekało już tylko "Wniebowstąpienie", podróżnicze wystawy, filmy z poruszającą "Syberią Monamour" Sławy Rossa, podpisywane gdzieś na zapleczu, na kolanie przez ludzi reportażu książki. Butelki piw świata, wina znad Renu i Palatynu, barszcz ukraiński i przysmaki kuchni indyjskiej, przepyszne ciasta Pań z Koła Gospodyń Wiejskich w Gardnie, "u Suszka" smak śledzi w śmietanie, ziemniaków w mundurkach i twarożku po prezentacji Jurka Arsoby o Australii z niepokojącą muzyką Aborygenów. Tłum ludzi płynący jak znoszona prądem rzeka, wchodzący, wychodzący, mijający, przenoszący się od GDK-u do namiotu, do klubu festiwalowego, z powrotem. I atmosfera, której nie da się z niczym porównać.

Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij" jest pisany marzeniem, sięgającym zarania ludzkości, zrodzonym z tęsknoty za wiatrem i piachem, unoszącym się znad skał, szmerem niestrudzonego strumienia, poranną mgłą zamazującą horyzont, pięknem gór o świcie, przez które przemyka nieśmiało pierwszy refleks światła, malowanymi drżącym cieniem ruinami klasztorów i zamków... Marzeniem, które jeden człowiek, który przybył do nas z tajemniczego Drozdowa przy pomocy wielu innych urzeczywistnił w tej małej gryfińskiej krainie leżącej gdzieś na prowincji w przepięknym sąsiedztwie Międzyodrza. O tym, by przekraczać granice, kontynenty, poznawać obce zwyczaje i kulturę, czuć powiew wolności na mokrej od potu koszulce i radość na zmęczonej twarzy. Wbić mocny klin w utarte pasmo przyzwyczajeń. Pakować podróżny plecak, nieść na plecach tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami. W tym tobołku materialny świat zredukowany do minimum, który z naddatkiem rekompensuje otwarta, ciągnąca się po horyzont przestrzeń czy ekscytujący smak przygody. Najcudniej jest jednak wtedy, kiedy człowiek pokonuje własne słabości: chorobę, lęk, niepełnosprawność ciała i stają się one niespodziewanie furtką do przeżywanego pełniej i piękniej życia.

Świat nie jest jednobiegunowy, wyznaczany przez mainstreamowy nurt. Włóczykij to werbalizuje, tutaj można spotkać ludzi offu, którzy dali się ponieść pasji, wyostrzają zmysły i szukają oddechu z dala od zgiełku świata, nieraz w dziewiczej, nieskażonej dotąd obecnością człowieka przestrzeni, nie dają się wtłoczyć w lansowany przez media na różne sposoby, udrapowany dla niepoznaki garnitur, bo mają własny sposób na życie. Zresztą, na dobrą sprawę ukazywany przez środki masowego przekazu świat, rządzący się przewrotną dynamiką, służy temu, by cię przygnębić, wciągnąć w nie twoje problemy, podchody polityków, lokalne, nieważne wojenki. Włóczykij jest inny, nie ucieka od problemów spiętrzonych jak rwąca górska rzeka w różnych zakamarkach świata, ale gdy wracasz do domu nie możesz otrząsnąć się z zachwytu, czujesz jak rozpiera cię energia i radość. Włóczykija powinni serwować codziennie w wiadomościach jako odtrutkę na trudną codzienność.

Festiwal coraz częściej odwiedzają osobowości polskiej sceny reportażu, jeśli ktoś kątem oka śledzi, co się w Polsce w publicystyce dzieje, doskonale zna nazwiska Hugo-Bader czy Górecki. Niemożliwe staje się możliwe, tak więc kiedy może za parę lat festiwal zaszczyci swoją obecnością Mariusz Wilk, stroniący od wywiadów, unikający rozgłosu, nie będę zdumiona. Jeszcze parę lat temu było to skromne spotkanie z podróżnikami, przy garstce publiczności, dziś trudno znaleźć wolne miejsce w wypełnionej niemal po brzegi sali, jeśli nie zajmie się go odpowiednio wcześnie.

Kiedyś, przypadkowo, podczas podróży do osobliwego, hermetycznego schroniska w Pietraszonce, w Beskidzie Śląskim w "Trójce" usłyszałam wstrząsającą historię Michała Pauli, człowieka, który za przemyt narkotyków został dożywotnim więźniem tajskiego lochu, którego lokatorzy skuci łańcuchami, odarci z resztek człowieczeństwa, upodleni koczują na podłogach w nieludzkich warunkach, gdzie bogate żniwo zbierają śmierć i choroby - "piekła na ziemi", z którego udało mu się wydostać. Trzy miesiące później pojawił się na Włóczykiju w Gryfinie. Jednego dnia słyszysz o kimś niezwykłą historię w radio czy tv, a potem masz okazję pogadać z nim osobiście gdzieś na prowincji kraju, którą kocha się całym sercem.

Dla mnie i dla wielu innych, niezwykłym, choć staram się unikać wartościowania, wydarzeniem było spotkanie z autorem świetnych reportaży, m.in. "Białej gorączki", włóczęgą po rosyjskich bezdrożach w towarzystwie "paputczików" - Jackiem Hugo-Baderem. Opowieść trzeba umieć snuć, czarować nią słuchacza, Jacek Hugo-Bader robi to znakomicie, pozostawiając jednak ze względu na ograniczenia czasowe spory niedosyt. Wystarczy jednak otworzyć książkę, by powędrować śladami dalekiej Północy... Wiedziałam, że to będzie wyjątkowe spotkanie na długo przed tym, nim autor przekroczył próg namiotu i wdał się w nie pozbawiony zabawnych momentów dialog z publicznością. Od chwili kiedy przeczytałam "Dzienniki. Kołymskie" często myślę o Kołymie, która pokryta gęsto ukrytym pod warstwą asfaltu trupem, tak bardzo sponiewierana historią, nie przestaje w jakiś mało zrozumiany sposób fascynować, pociągać, jak miejsca straszne, od których nie można oderwać wzroku. Książka Jacka Hugo-Badera to współczesny, bez aspiracji do miana całkowitego ogarnięcia tematu "traumy kołymskiej", hańbiącego epizodu w historii ludzkości komentarz do "Opowiadań kołymskich" Warłama Szałamowa, spojrzenie zgoła odmienne, inspirowane ciekawością, ukazujące cały absurd postaw rosyjskiego społeczeństwa, które cierpi na swoisty rodzaj schizofrenii, nie dostrzegając niczego zdrożnego w upamiętnianiu rzeźników wielu milionów ludzkich istnień. Bardzo trudno jest o tym opowiedzieć, unikając w przypadku tak ciężkich tematów uczucia jakiegoś zażenowania, wstydu, wreszcie niepotrzebnego patosu, Hugo-Bader skupia się na współczesności, ubiera swoją opowieść w szaty zabawnej, ironicznej anegdoty sączonej przy kieliszku wódki, by znieczulając oddalić od czytelnika jej cierpki, kłujący smak, który jednak na długo wbija się w pamięć.

Aleksander Doba. Tej postaci chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Wspaniały człowiek. Ma w sobie coś niesamowitego, ten błysk w oku, młodzieńczą energię, pełno pomysłów w głowie, człowiek z długą siwą brodą, który kajakiem przy wtórze rytmicznych uderzeń o burtę pomarszczonej tafli wody samotnie opłynął Atlantyk. Kojarzy mi się z bohaterem opowiadania Ernesta Hemingwaya "Stary człowiek i morze". Santiago walczył z wielką rybą, marlinem, tak jak Pan Olek bił się z tropikalnymi burzami, które znosiły kajak z obranego kursu. Jego podróżnicze anegdoty są zabawne, pełne dystansu i ciepła, a przecież ta podróż to nie tylko okraszone mieszanką poczucia humoru i rezerwy, spotkania trzeciego stopnia z rekinami czy toaleta na zapleczu kajaka w towarzystwie nie dających się odgonić oceanicznych podglądaczy z wielkimi oczami, ale także trudności: uczucie bezsilności w zmaganiach z niekorzystnym prądem, wielki wysiłek, długotrwale leczona "solna" wysypka, wreszcie, jak na ironię, dwukrotny napad w celach rabunkowych.

Spośród wielu zaproszonych podróżników, w niebycie niepamięci na pewno nie pogrąży się "postać z krwi i kości" - Mieczysław "Hajer" Bieniek. Emerytowany górnik strzałowy, który w wypadku na kopalni stracił wzrok w jednym oku i zamknęły się za nim jedne drzwi, ale otworzyło wiele następnych, gdy zachłysnął się podróżami. Wyszedł z ciemności na powierzchnię i dostrzegł barwy świata, fascynujące, zmienne. Z iście ognistym temperamentem śląską gwarą tkał swoje przygody, tak że skry szły: o tym jak zwiedzał Indie nie posługując się żadnym obcym językiem, koczując na dworcach, aż wzięła go pod swoje opiekuńcze skrzydła jedna Polka, która przechodząc dworcem dostrzegła pogrążonego w rozpaczy, użalającego się nad sobą mężczyznę, a na dźwięk słów po polsku odrzekła, "w dodatku Polak". Nietuzinkowe miejsce w tych opowieściach, niemal rolę talizmanu gra mundur górniczy, który niejednokrotnie ratował go z opresji. Jego barwna opowieść o podróży do Dalajlamy, niezamierzenie stała w rażącym kontraście ze spokojną duchowością Tybetu, która była celem podróży.

Piotr Pustelnik sunący przez białe odmęty korony Himalajów, zdobywca czternastu ośmiotysięczników żartobliwie, a czasem z ironią snuł swój długi sen z podróży zwanej życiem, reminiscencje z dwudziestu lat wspinania się albo jak twierdzą jego synowie chodzenia po górach, od czasów młodości do obecnych. Piękno gór i niesamowite uczucie zdobycia szczytu, tak nim zawładnęły, okazały się tak kuszącą perspektywą, że ucierpiało na tym, na szczęście tylko troszkę jego życie rodzinne.

I na koniec skromna, oglądana w klubie festiwalowym zaledwie przez garstkę osób, a wizualnie i od środka piękna perełka, którą przypadkowo odkryłam w bogatym repertuarze Włóczykija, opowieść Zbigniewa Borysa "Burkina Faso - tak, jak w kinie..." Była w niej jakaś poezja, może nawet nie zamierzona i satynowa czułość, choć nie miała w sobie nic sentymentalnego i nie pojawił się żaden miłosny wątek. Takie było właśnie spojrzenie Zbigniewa Borysa na Afrykę. Czy miłość do okolicy, do piędzi czerwonej ziemi da się jakoś przekazać innym, czy jest czymś innym niż romantyczne spotkanie z ukochaną, okazuje się, że nie, tak samo można kochać ziemię, po której się stąpało, wodospad, który przynosił ukojenie zmęczonemu upałami ciału, małe, afrykańskie chatki z zaciekawionymi obcym przybyszem dziećmi, napotkane gdzieś na afrykańskich bezdrożach, tak można wielbić muzykę Czarnego Lądu, która przewijała się często przez zajawki z podróży.

Nawet najpiękniejszy festiwal kiedyś się skończy, ten z 2012r. odszedł już do przeszłości. Połączył sobą jak niewidzialną, subtelną nicią ludzi, którzy przez jedenaście wspaniałych dni spotykali się, bawili, cieszyli, tańczyli, śmiali, spierali, ktoś przystanął pełen zadumy, komuś zakręciła się w oku łezka wzruszenia, byli totalnie zmęczeni, ale ten zastrzyk energii zostanie z nimi do następnego roku, kiedy to wszystkie kręte i wyboiste drogi, ale i wydeptane szlaki poprowadzą znowu do międzyodrzańskiej republiki, państwa zawieszonego gdzieś pomiędzy niebem a ziemią.

Tekst: Pilotka

» powrót «

na Włóczykiju 2012

www.obiezyswiat.com
www.ceneria.pl
www.rowertour.pl
GDK