Relacje

- Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 22

Etap 22 przez Niger zakończył się zanim na dobre się rozpoczął. Problemy z policją, która z obawy przed porwaniami białych, nie pozwoliła dotrzeć do granic pustyni, gdzie czekały wynajęte wielbłądy, zmusiły uczestników sztafety do przedwczesnego powrotu do domu. Przedstawiamy relację autorstwa Kuby Wolskiego z tych kilku dni w Nigrze.

"Opowiem Wam dowcip:
Przyjeżdża białas do Nigru i myśli, że przejedzie Saharę na wielbłądzie.
Koniec dowcipu.

Rozpoczynając ten etap wydawało nam się, że jedziemy zmierzyć się z pustynią, że będziemy szukać śladów Kazika w najbardziej surowych ostępach Czarnego Lądu, że przez 3 tygodnie będziemy się smażyć na saharyjskich piaskach, modlić o kolejną studnię, narzekać na bolące tyłki i kołysanie wielbłąda a ponadto cieszyć oczy pięknymi wschodami i zachodami słońca. Zdawaliśmy sobie sprawę z sytuacji panującej w Nigrze, z niebezpieczeństwa samego przebywania w tym kraju, z problemów wynikających z zamieszek w Libii, ale nikt z nas chyba nie przypuszczał, że pustyni nie będzie nam dane nawet zobaczyć, a co dopiero przeżyć.

Zacznijmy jednak od początku. Jest 2 października, godz. 3:30 rano - wsiadamy do taksówki, która zawozi nas na plac, z którego odjeżdżają autobusy firmy Rimbo. Autobusy, to w Nigrze najpopularniejszy środek transportu na dalekich trasach. Jeżdżą regularnie między głównymi miastami, ruszając zazwyczaj o 4:30 (tak przynajmniej piszą na biletach).

Jak wygląda taka podróż od środka? Autobus mieści ponad 70 osób. Siedzenia ciągną się dwójkami po prawej i trójkami po lewej stronie wąskiego przejścia. Wygodnie? Jeśli usiądzie obok siebie trzech barczystych, przystojnych i nad wyraz skromnych gentlemenów z Polski, dobrze jest gdy się lubią, w przeciwnym razie wielogodzinne przytulanie mogłoby być uciążliwe.

Wieczorem, po pokonaniu ok. 900km docieramy do Zinder, rozkładamy się na dachu dworca autobusowego i idziemy spać. Wszystko zgodnie z planem A.

Kolejny dzień, kolejna pobudka w środku nocy, kolejny autobus, tym razem lepiej wentylowany, bo brakuje kilku okien, kolejne postoje w afrykańskich wioskach, kolejne bagietki z kozim mięsem i tuż po 15-tej docieramy do Diffy. A stąd już tylko ok. 150 km do Nguigmi, gdzie czekają wielbłądy i skąd rozpoczniemy nasz etap! Bierzemy bagaże i korzystając z motorów - taksówek zmieniamy place, bo samochody do Nguigmi odjeżdżają z innego miejsca. Negocjacje palcem na piasku trochę trwają, ale w końcu nasze wory lądują na dachu zdezelowanego Land Cruisera. Nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać z miasta, a panowie już robią pierwszy postój i zaczynają naprawiać auto, potem jeszcze przerwa na modlitwę, dopakowanie kilku pasażerów i w końcu możemy jechać dalej. Niestety nie dużo dalej.

Na rogatkach miasta zatrzymuje nas policja, nasze paszporty zostają zatrzymane, a my po kilku telefonach zostajemy odwiezieni na komisariat. Nasza nieznajomość francuskiego zdecydowanie nie pomaga. Godziny mijają, pasażerowie Land Cruisera czekają, paliwo z dziurawego baku cały czas kapie, więc i kierowca się denerwuję, bo przecież pieniądze mu uciekają, a on nie jedzie! Ale czy to nasza wina?

W końcu sytuacja zaczyna się klarować, na razie wiemy jedno - dzisiaj już nigdzie nie pojedziemy, więc zabieramy nasze bagaże i lokujemy się na komisariacie. Duży boss dzwoni do większego bossa, ten do jeszcze większego, zapada jakaś decyzja i zaczynają dzwonić w drugą stronę.

W międzyczasie zdążyliśmy opowiedzieć historię Nowaka i sztafety wszystkim policjantom na komisariacie i Ci zdecydowanie są po naszej stronie, więc kiedy "big boss" mówi, że nigdzie nie pojedziemy, na komisariacie zaczyna wrzeć. A to nie byle co postawić się szefowi w tym kraju! Jednak co z tego, skoro boss jest nieugiętym bucem.

Teoretycznie jesteśmy wolnymi ludźmi w wolnym kraju, a praktycznie siedzimy w swego rodzaju areszcie bez krat. Policjanci dostają rozkaz dopilnować, żebyśmy kupili bilety z powrotem do Zinder i odprowadzić nas na autobus o 4:30. Nasze paszporty są do tego czasu skonfiskowane, a big boss jedzie do domu rzucając za sobą "no comments"!

Kolejny dzień, kolejna pobudka w środku nocy, kolejny autobus... Ok. 14 jesteśmy z powrotem w Zinder.

Co teraz? Co dalej? Plan B? Może Agades? A potem Bilma, chociażby po to, żeby powiesić tabliczkę? Autobus do Agadesu odjeżdża za dwa dni, więc kupujemy bilety do Konni, z którego możemy uderzyć albo na północ do Agadesu, albo na zachód do Niamey, w zależności od tego jak rozwinie się sytuacja. A rozwinie się bardziej niż przypuszczaliśmy...

Spacerując ulicami Zinder, trafiamy do misji katolickiej, gdzie spotykamy hinduskiego ojca Leo i wolontariusza NGO z Hiszpanii - Fede.

Nasza historia robi na nich ogromne wrażenie. Od czasu do czasu rzucają coś na temat jakiegoś "szaleństwa", ale tym się akurat nie przejmujemy. Ojciec Leo musi coś załatwić, więc zostajemy z Fede, który zaczyna nam opowiadać o realiach podróżowania po Nigrze, o porwaniach białych, niebezpieczeństwach, swojej pracy i o... Kapuścińskim! Okazało się, że Fede jest fanem Ryszarda Kapuścińskiego i nawet prowadzi bloga fedekapuscinski.blogspot.com! Co za zbieg okoliczności. Kiedy proponujemy mu wpis do książeczki - pałeczki, ewidentnie zaczyna się stresować, ale jednocześnie czuje się zaszczycony.

Ale, ale... co z tymi realiami? Fede mówi, że jest w Nigrze od 3 miesięcy i że jesteśmy pierwszymi białymi, którzy dotarli do Zinder. Że w ambasadzie wywarli na niego presję, żeby nie jechał do Zinder autobusem, tylko, żeby poleciał samolotem ONZetu. Opowiada o porwaniach i zamordowaniu Francuzów w styczniu, o podsłuchaniu przez policję rozmów w czerwcu, z których wynikało, że ktoś planuje porwanie trzech Niemców i co było bezpośrednim wpływem wyjazdu wszystkich białych z Zinder, o niebezpieczeństwie poruszania się nie tylko na północy, ale właściwie w całym kraju. Już mamy wychodzić z misji, żeby Fede pokazał nam Wielki Meczet i Dom Sułtana, gdy spotykamy dwóch Hiszpanów, którzy jak się okazało wykupili wycieczkę z konkretnym planem, jednak po przylocie lokalny przewodnik ma zupełnie inny plan, prawie niczego z tzw. standardu nie da się zrealizować, a to co się da, trzeba robić przy eskorcie żołnierzy.

Po tych wszystkich rewelacyjnych informacjach, europejski tok myślenia prowadzi nas na policję - może tam się czegoś dowiemy. Fede tłumaczy po francusku nasze pytania: Czy możemy pojechać do Agadesu? Czy nawet jeśli tam dotrzemy, to czy będziemy mogli wyjechać z miasta do Bilmy, albo chociaż w góry Air?

Nie chcemy spędzać całego dnia w autobusie tylko po to, żeby kolejnego dnia wracać. W odpowiedzi "big boss" zabiera nasze paszporty i zadaje swoje pytania: Jak przylecieliście do naszego kraju? Skąd jesteście? Skąd ludzie w Polsce wiedzą o istnieniu takich miejsc jak Bilma, albo góry Air?

Czas mija, robi się ciemno, big bossy dzwonią do siebie, trzeba czekać. Przyjeżdża ojciec Leo i rzuca:
- Po co przyszliście na policję, przecież to same problemy?
- Tak, tak, teraz już wiemy.
- Przecież już jest ciemno! Tego się nie robi. Biali z NGO nie powinni wychodzić z domu po 17, a po 19 maja kategoryczny zakaz! Gwarantuję Wam, że Fede jest teraz jedynym białym w tym mieście, który jest poza domem. My nawet samochody parkujemy na noc przy komisariacie, żeby były bezpieczne.

Czas mija... Wychodzi big boss i toczymy kolejne bezsensowne dyskusje, typu:
- Wolski, how are you?
- Tired.
Czas mija... Kolejne pytania:
- Dokąd jedziecie? Dlaczego do Konni, skoro pytacie o Agades, przecież to bez sensu jechać do Agadesu przez Konni. Na pewno nie jedziecie prosto z Zinder do Agadaseu? Bo na to nie mogę Wam pozwolić, bo to niebezpieczne...
- Stąd to niebezpieczne, a z Konni już nie?
- To już mnie nie obchodzi, Konni to nie moja jurysdykcja.

W końcu zrozumieliśmy. Biały człowiek gdziekolwiek się pojawi, staje się problemem lokalnych władz, które nie pozwolą na wyjazd z ich miasta w kierunku, który budzi ich niepokój. A jeśli wyjedzie już z ich okręgu, przestaje być ich problemem.

Leo podpisuje oświadczenie, że odwiezie nas rano na autobus. Odzyskujemy paszporty, ale tracimy bilety.

- Gentlemen, let?s finish, becasue Wolski is tired.
- And hungry - dodaję.
- Finito.

Po bilety przyjeżdżamy rano, przed odjazdem autobusu, żeby szefo był pewien, że faktycznie wyjeżdżamy. Kolejny dzień, kolejna pobudka w środku nocy, kolejny autobus...

W Konni przesiadamy się do autobusu do Niamey i po 4 dniach autobusowych podróży i przebyciu 3000km wracamy do miejsca, z którego startowaliśmy. Co dalej? Plan C? Plan C zakłada niestety przebookowanie biletów i powrót do Polski. Kiedy? Zobaczymy...

Mieliśmy wiele godzin na myślenie, czy dało się zrobić coś inaczej, czy gdzieś popełniliśmy błąd, czy wsiąść w autobus do Diffy i spróbować jeszcze raz, czy uciekać przed policją, ale wszystko sprowadza się do tego, że po prostu przyjechaliśmy tu w nieodpowiednim momencie, może zabrakło trochę szczęścia, może trochę siły przebicia, trochę francuskiego. Z ciężkim sercem i z ogromnym smutkiem kończymy etap, którego tak naprawdę nawet nie zaczęliśmy, ale wszyscy zgodnie stwierdzamy, że wrócimy do Nigru, żeby przeżyć Kazikową Saharę. Za rok, dwa czy za 5 lat, to jest nie istotne. Wrócimy wtedy, kiedy będzie to możliwe, bo kiedy ziarnko pustynnego piasku trafi w serce, nie da o sobie zapomnieć."
Kuba Wolski

Relacje na Włóczykiju 2011