Relacje

- Wspomnienia Pilotki z 5. Gryfińskiego Festiwalu Miejsc i Podróży "Włóczykij"

wtorek 08.03.2011  - Gryfiński Dom Kultury

Mogłabym w tym momencie napisać jak bardzo lubię przełom lutego i marca i nie ma to nic wspólnego z jakąś szczególnie ważną dla mnie datą tych ostatnich zimowych miesięcy, pogodą czy ulubioną porą roku, bo każdy wie, że w tym czasie można czekać z utęsknieniem już tylko na wiosnę. "Włóczykij" znacznie skraca czas oczekiwania. On sam jest przednówkiem wiosny, łąką, lasem, zielenią, pozostając tak niefrasobliwie niezależnym od minusowej temperatury za oknem, jaka towarzyszyła nam w tym roku podczas tych jedenastu wypełnionych przygodą dni. Mogłabym, ale parę razy już o tym pisałam. I piszą to inni. Ktoś mógłby zapytać, co jest w tym Gryfińskim Festiwalu Miejsc i Podróży tak wyjątkowego. Z roku na rok przybywa coraz więcej ludzi, część z nich jest po raz pierwszy, część wraca kolejny już raz i czeka cały rok na to wielkie święto podróżników, ale i zwyczajnych ludzi, dla których podróżą życia jest stolica któregoś z europejskich krajów. To przede wszystkim ci ludzie wypełniają po brzegi seledynowo-żółte ściany GDK-u, marznąc w namiocie, stojąc albo siedząc na schodach, leżąc na materacach, nieraz do późnych godzin nocnych. Ciężko ubrać to w słowa. By to poczuć, musisz po prostu tu być i zachłysnąć się jego specyficznym klimatem. Czasem się zastanawiam, jak wyglądałby "Włóczykij", gdyby prezentacje odbywały się w dużych, przestronnych salach, w bardziej komfortowych warunkach. Czy byłby tym samym? Chyba nie.

Przybywają, by uwolnić spętane łańcuchem cywilizacji, spieszącej się zawsze, niezależnie od pory dnia i roku, emocje. Truizm, ale gdy ich nie ma, czujesz jakbyś żył uwięziony w klatce. I chcesz się wydostać z utartego rytmu codzienności, zdając sobie sprawę z upływu czasu, który nie wróci. Poczuć ciszę i ciemność pośród migoczących na niebie gwiazd, utworzyć cudowną symbiozę ze światem, który Cię otacza. Zapatrzeć w nieskończoność. Podróżnicy ich szukają zapuszczając się w niebezpieczne rejony świata, odkładając dziesiątki mniej ważnych spraw na później i ruszając w drogę. Emocje. Nie można bez nich żyć tak, jak bez powietrza. To, co tak naprawdę spina te historie, co stanowi wspólny mianownik wypraw, które prowadzą przez różne szerokości i długości geograficzne to właśnie potrzeba doświadczania emocji. Nie tylko głód wiedzy o różnych skrawkach ziemskiego globu, zwyczajach kulturowych, mentalności Arabów, Chińczyków czy mieszkańców Malezji. Nie tylko chęć oglądania niesamowitych widoków, przyjemność tworzenia wizualnie pięknych zajawek z wyboistych czerwonych dróg, z których piasek zwiewa wiatr, rozciągających się malowniczych panoram, ostro-chropowatych krawędzi lodowców. Zdjęcia to całkiem osobna sprawa - cenna, przenosząca w wymiar poezji umiejętność opowiadania o tym, co się przeżyło, widziało, co wbiło się głęboko w serce. Moment, kiedy wyciągasz aparat i chcesz utrwalić doznania. Emocje to smak przygody, radość z wejścia na szczyt, gorycz porażki, skok adrenaliny, strach czy właściwie skalkulowano ryzyko, trudne momenty, zabawne, niezapomniane chwile, których nie da się z niczym porównać. One zostają na zawsze i można do nich wrócić, jak wraca się czasem do wyjątkowych miejsc, z nadzieją, że nic się nie zmieniły, że pozostaną takimi, jakimi widziało się je po raz pierwszy i wrócą tamte pierwsze, gorące uczucia. Przyjeżdżasz, odjeżdżasz, zostawiasz coś przyrodzie, a ona zostawia coś tobie. Dla uczestników Festiwalu to rozkoszna iluzja odbytych podróży, chwilowego zakrzywienia czasoprzestrzeni. Dlatego, że chcemy być w wielu miejscach równocześnie, a nie możemy być i zdajemy sobie sprawę, że nigdy nie będziemy. A chyba najmocniej chcielibyśmy zapuścić się w najbardziej odległe zakątki Ziemi, nawet jeśli tylko w marzeniach. Można więc napisać, że Włóczykij pomaga im wypłynąć na głębię.

Włóczykij zabrał nas jak co roku w wiele fascynujących miejsc. Zabrał nagradzanymi pięknymi i niespiesznymi filmowymi opowieściami z różnych stron świata, (mistrzowsko sportretowany turecki "Miód" Semiha Kaplanoglu, wzruszające kolumbijskie "Kolorowe wzgórza" Carlosa Cesara Arbeláeza), przeglądem filmów wybitnego niemieckiego dokumentalisty, mistycznego czarodzieja Wernera Herzoga, wystawami (m.in. "Twarze Egiptu" aut. Marcin Hajdasz, "W kręgu obrzędów. Azja i Oceania" aut. Karolina Sypniewska), kuchennymi specjałami, przede wszystkim zaś prezentacjami zaproszonych podróżników. Chyba w tym roku najbardziej mną wstrząsnęła opowieść Oli Dzik, która zdobyła prestiżowy tytuł Śnieżnej Pantery, "zaliczając" pięć siedmiotysięczników byłego ZSRR. Brzmi bardzo fajnie, ale tylko ona wie ile kosztuje, kiedy wspinasz się na zbierający bogate ludzkie żniwo Pik Podbiedy, a lęk śmiercionośnej przestrzeni miesza się z chęcią sprostania wyzwaniu. Kiedy schodząc z jednej z najbardziej niebezpiecznych gór świata, widzisz leżących na drodze pogrążonych w wiecznym śnie tych, z którymi jeszcze niedawno rozmawiałeś czy jadłeś wspólny posiłek. I nie możesz się poddać, musisz schować w sobie wszystkie te negatywne emocje, które tylko czekają by cię pożreć i iść po prostu dalej. Jakby się nic nie stało. Ta podziwiana, tak zachwycająca przyroda w ułamku sekundy potrafi zabić.

Marzenia o raju na Ziemi spełnia jedna z piękniejszych prezentacji tegorocznego Włóczykija. Biolog i podróżnik Mikołaj Goluchowski naukowo buszuje i gmera stopą po wysuniętym głęboko na południe zakątku świata, przedmiotem zainteresowania czyniąc targaną silnymi huraganowymi wiatrami, miejscami nie dotkniętą ludzką stopą Antarktykę. Zamieszkaną przez pełnych ufności, przyjaznych przedstawicieli fauny, którzy pierwsi wychodzą na spotkanie człowiekowi. Kolonie pingwinów Adeli, białobrewych i antarktycznych, ważące przeważnie kilka ton słonie morskie, staczające wyczerpujące walki o samice, drapieżne lamparty i uchatki, a w tle przepiękne lodowe kompozycje, wulkaniczne skały i kolorowe zorze, rozświetlające niebo bladym świtem. Autor skromnie chowa własną osobę za urokliwymi zdjęciami zwierząt, nagraniami dźwięków dobiegających z antarktycznych lądów, barwnymi opowieściami ze świata przyrody.

Są prezentacje o zupełnie odmiennym klimacie: dowcipne, zabawne, wciągające. Mimo, że sama wyprawa z gatunku tych żmudnych. Widowiskowa opowieść charakterem przypominająca wciąż budzące zainteresowanie historie o supermanach-szaleńcach, czyli Maciej Świnarski i Mirosław Kolerski - MotoSyberia: Reaktywacja. Światła motorów nad rwącym nurtem płynącej zakolami rzeki, motocykle przemierzające usiane gęsto kamieniami wybrzeża. Nieodłącznym wspomnieniem tej eskapady są grzęznące w rozbryzganych bajorach opony i krzaczory, które niczym w dziewiczych terenach dżungli smagają po twarzach i rękach szaleńców przewożących motocykle na przyczepie kamaza.

Sporo emocji, tych z gatunku zdrowo zakręconych, zakrzywionych i odlotowych, żeby nie użyć słowa szurniętych, oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie tego słowa, dostarczyła jak zawsze pachnąca benzyną i skwarnym upałem kazachsko-kirgiskich stepów opowieść gryfiniaka Marka Klonowskiego, którego podróże chyba na stałe wbiły się w koloryt Włóczykija. Tym razem Klonoś zabrał w eskapadę po zagubionych stepowych drogach, na psujących się enduro motocyklach drugiego Klona, trzecim ogniwem trio pozostawał niejaki Paszka. Scena, w której brat Klonosia dosiada osła, który za nic w świecie nie chce ruszyć powinna zająć czołową i niczym niezachwianą pozycję w kategorii wyprawowego kina rozrywkowego.

Wciąż pozostaję pod niegasnącym urokiem relacji z wyprawy otwierającej Festiwal, w której pobrzmiewają ciche echa smutnej wojennej rzeczywistości. Uczestnicy Long Walk Plus Expedition wyławiają z odmętów zapomnienia i obojętności skradzioną historię ucieczki z sowieckiego łagru Witolda Glińskiego. Nie dość, że jest w tym coś bardzo wzruszającego, to jeszcze przygoda barwnie opowiedziana (zapamiętałam nawet smak archii, która miała sponiewierać, a można skwitować ją krótkim dwuwyrazowym zdaniem "Nigdy więcej") i choć nałożona na filtr czasów spod znaku GPSa, to eskapada Bartosza Malinowskiego, Tomasza Grzywaczewskiego i Filipa Drożdża przez dzikie odmęty tajgi mało nie zakończyła się tragicznie. To, czego dokonał Pan Witold, z właściwą sobie skromnością pozostając na uboczu tej wyprawy, graniczy z cudem. I choć nie czuje się bohaterem, z całą pewnością nim jest.

Było wiele innych prezentacji, w których przenosiło się w zupełnie inne wymiary, przemieszczając od południowoamerykańskich faveli do obłożonych elektrycznymi kablami przedmieść, od starych klasztorów o chłodnych, surowych murach do rozżarzonych kamieni Atakamy, od nadrzecznych mgieł do wilgotnych upałów, nie sposób wszystkiego opisać, zresztą, wśród tej ikebany rozmaitych miejsc, smaków, kolorów, zapachów, nie dało się obejrzeć wszystkiego. Może nieco zawiedli ci, którzy mieli być bombą światowej sławy, która podczas Festiwalu miała eksplodować, ale przecież zawsze będzie to tylko moje subiektywne odczucie. I oczywiście kończę ogromnymi podziękowaniami dla spiritus movens akcji, mojego duchowego brata Przemka, ale i wszystkich ludzi, bez ciężkiej pracy których nie byłoby magii "Włóczykija". I dla, cytując za Pawłem Zającem z Onetu.pl,: "najmilszej pani dyrektor po tej stronie Odry (i Wisły)".

Tekst: Pilotka

» powrót «

Relacje na Włóczykiju 2011