Najbliższa impreza:

Marek Rachoń - Emerytura boliwijskiej Drogi Śmierci

Do tej pory jazd─Ö na rowerze ogranicza┼éem do niedzielnych przeja┼╝d┼╝ek po chorzowskim parku. By┼é to zazwyczaj spokojny slalom mi─Ödzy innymi rowerzystami, rolkarzami, matkami z dzie─çmi i ob┼Ťciskuj─ůcymi si─Ö parkami. Gdzieniegdzie zdarza┼é si─Ö nier├│wny grunt, na kt├│rym mog┼éem przetestowa─ç terenow─ů sprawno┼Ť─ç mojego jedno┼Ťladu. Nigdy nie marzy┼éem o zje┼║dzie z g├│rki na ┼éeb, na szyj─Ö, o mro┼╝─ůcych krew w ┼╝y┼éach niebezpiecznych pr─Ödko┼Ťciach i bezdennych przepa┼Ťciach. Wr─Öcz przeciwnie, uwa┼╝a┼éem to za nierozwa┼╝n─ů zabaw─Ö spragnionych adrenaliny ch┼éopc├│w. Podobno tylko krowa nie zmienia pogl─ůd├│w. Ca┼ée szcz─Ö┼Ťcie, ┼╝e kto┼Ť tak powiedzia┼é, bo dzi┼Ť nie m├│g┼ébym spokojnie spojrze─ç w lustro. Zdanie zmieni┼éem w Boliwii.

Kraj ten ma kilka atrakcji, kt├│re przyci─ůgaj─ů podr├│┼╝nik├│w: Salar de Uyuni (wyschni─Öte jezioro ze swym ksi─Ö┼╝ycowym krajobrazem), wysokog├│rska wspinaczka w towarzystwie rak├│w i czekan├│w, wilgotne lasy tropikalne i ich mieszka┼äcy, sp┼éywy pontonem przez bystrza o najwy┼╝szym stopniu trudno┼Ťci, a tak┼╝e zjazd rowerem z 4725 m. n.p.m. na 1100 m. n.p.m. w 4-5 godzin. Trasa ta zwana jest popularnie Drog─ů ┼Ümierci, a Prowadzi z okolic La Paz a┼╝ do Coroico, miasta b─Öd─ůcego bram─ů do boliwijskiej d┼╝ungli. Jeszcze niedawno statystyki m├│wi┼éy o oko┼éo stu pojazdach, kt├│re ka┼╝dego roku spada┼éy w przepa┼Ťcie dochodz─ůce do 800 metr├│w. Droga jest w po┼éowie szutrowa, a jej szeroko┼Ť─ç nie przekracza czterech metr├│w.

Przechadzaj─ůc si─Ö w La Paz po Targu Czarownik├│w nie mog┼éem si─Ö ju┼╝ wycofa─ç przed moj─ů m┼éod─ů ┼╝on─ů z obietnic danych w Polsce. Jutrzejsza przeja┼╝d┼╝ka mia┼éa uratowa─ç m├│j honor. Honor niedzielnego rowerzysty.

Do dzi┼Ť chwal─Ö instynkt samozachowawczy, kt├│ry kaza┼é mi ubra─ç na siebie kalesony, dwie pary spodni, dwie koszulki z kr├│tkim r─Ökawem, jedn─ů z d┼éugim, koszul─Ö, sweter, polar, czapk─Ö, szalik i r─Ökawiczki. Na 4725 m. n.p.m., gdzie wywioz┼éo nas biuro organizuj─ůce zjazd, nie do┼Ť─ç, ┼╝e by┼é mr├│z, to jeszcze niemi┼éosiernie wia┼éo. Ka┼╝dy z naszej siedmioosobowej grupki samob├│jc├│w dosta┼é rower (oraz pi─Ö─ç minut na wypr├│bowanie go) i zacz─Ö┼éo si─Ö. Szczawie z Australii pomkn─Ö┼éy do przodu, peda┼éuj─ůc ile si┼é, mimo, ┼╝e z g├│rki. Irlandzkie ma┼éolaty za nimi, potem moja ┼╝ona, a na ko┼äcu ja. Przepraszam, za mn─ů jecha┼é jeszcze przewodnik, kt├│rego zadanie mia┼éo polega─ç na zeskrobaniu mnie z asfaltu, b─ůd┼║ poinformowaniu mojej po┼éowicy, ┼╝e nie wyrobi┼éem na zakr─Öcie i teraz mo┼╝e mnie znale┼║─ç 200 metr├│w ni┼╝ej. Pomimo ci─ůg┼éego u┼╝ywania hamulca, ze zdziwieniem stwierdzi┼éem, ┼╝e wyprzedzam ci─Ö┼╝ar├│wki. Ich kierowcy chyba te┼╝ byli zdziwieni. Peleton dop─Ödzi┼éem na pierwszym postoju. Wszyscy ogrzewali zmarzni─Öte cz┼éonki i podziwiali gdzie┼Ť w dole szkielet ci─Ö┼╝ar├│wki. To jedna z tych makabrycznych atrakcji, kt├│re przyci─ůgaj─ů tu t┼éumy z ca┼éego ┼Ťwiata. Ciekawe ilu rocznie rowerzyst├│w wpada w te bezdenne otch┼éanie? Takich statystyk przed ko┼äcem podr├│┼╝y m├│j przewodnik Victorio nie chce zdradza─ç. Napi─Öcie musi by─ç utrzymane do ko┼äca. Kolejny post├│j wypada przy punkcie kontrolnym, gdzie wojsko sprawdza pojazdy podejrzane o przew├│z narkotyk├│w. Podobno od tych kontroli amerykanie uzale┼╝niaj─ů swoj─ů pomoc dla Boliwii. I cho─ç narkotyk├│w przewozi─ç nie mo┼╝na, to li┼Ťcie koki i owszem. Te hodowane s─ů tu ca┼ékowicie legalne. Mo┼╝na powiedzie─ç, ┼╝e to narodowy specja┼é i kolejna atrakcja kraju Evo Moralesa. Z li┼Ťci koki parzy si─Ö herbat─Ö (mate de coca ? pomaga zwalczy─ç objawy choroby wysoko┼Ťciowej), wytwarza ciasteczka, cukierki, no i oczywi┼Ťcie to, o co zabijaj─ů si─Ö ludzie na ca┼éym ┼Ťwiecie. Jedziemy ju┼╝ jak─ů┼Ť godzin─Ö. Na rowerze czuj─Ö si─Ö ju┼╝ ca┼ékiem pewnie. Na tyle, ┼╝e pozwalam sobie od czasu do czasu oderwa─ç wzrok od szosy i podziwia─ç widoki ( w oddali chmury s─ů jeszcze poni┼╝ej). Wyprzedzam ci─Ö┼╝ar├│wki!!! Za rad─ů Victorio, staram si─Ö jak najmniej siedzie─ç (zakwasy w pupie, to niemi┼éa sprawa). Wci─ů┼╝ zimno.

Dialog z Australijczykiem podczas kolejnego postoju:
Australijczyk: jak masz na imi─Ö?
Ja: Grzegorz Brz─Öczyszczykiewicz (ale┼╝ jestem z┼éo┼Ťliwy)
Australijczyk: yeah!!! Cool!!! Sk─ůd jeste┼Ť?
Ja: z Polski
Australijczyk: yeah!!! Cool!!! A gdzie zarabiasz na ┼╝ycie?(on raczej z┼éo┼Ťliwy nie jest ).

I w tym momencie wszystko mi opad┼éo. W Australii te┼╝ my┼Ťl─ů, ┼╝e w Polsce po ulicach chodz─ů nied┼║wiedzie, a mieszka┼äcy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy.

Trasa ma jeden kilkusetmetrowy odcinek, gdzie jedzie si─Ö pod g├│r─Ö. Na tej wysoko┼Ťci (ponad 3000 m. n.p.m.) serce pompuje krew z odczuwaln─ů pr─Ödko┼Ťci─ů. Dzi┼Ť ju┼╝ wiem jak b─Öd─Ö si─Ö czu┼é maj─ůc siedemdziesi─ůt lat, podczas przeja┼╝d┼╝ki po chorzowskim parku. Kr├│tki i szybki oddech, cia┼éo odmawiaj─ůce pos┼éusze┼ästwa, my┼Ťli o rych┼éym zgonie. Nie┼Ťwiadomy jeszcze tych do┼Ťwiadcze┼ä ruszy┼éem pierwszy ile si┼é w nogach i powietrza w p┼éucach. Ch┼éopcy wyprzedzili mnie od razu, ale co tam, to ┼╝aden wstyd. Gorzej, ┼╝e po chwili irlandzkie dziewoje zacz─Ö┼éy mnie dogania─ç. Moje ko┼äczyny wykona┼éy kilka dramatycznych ruch├│w i skapitulowa┼éy. Zosta┼éem tylko z Victorio. Honor uratowa┼éo tylko to, ┼╝e do ko┼äca wzniesienia uda┼éo mi si─Ö dopeda┼éowa─ç nie zsiadaj─ůc z roweru.

Najbardziej emocjonuj─ůca jazda zaczyna si─Ö, kiedy wje┼╝d┼╝amy na szutr├│wk─Ö. I to nie tylko z powodu niebezpiecznego pod┼éo┼╝a, wystaj─ůcych kamieni, b┼éota, w─ůskiej drogi i ostrzejszych ni┼╝ dot─ůd zakr─Öt├│w. Od tej pory wszystkie pojazdy musia┼éy porusza─ç si─Ö po zewn─Ötrznej stronie drogi. Mia┼éo to by─ç zwi─ůzane z naszym bezpiecze┼ästwem. Dlaczego? Do dzi┼Ť nie wiem. Przecie┼╝ ┼éatwiej spa┼Ť─ç w d├│┼é jad─ůc zewn─Ötrzn─ů . Victorio rzuci┼é jeszcze od niechcenia kilka rad:

- zwalniajcie, kiedy będziecie przejeżdżali przez wioski; uważajcie na kury, psy i małe dzieci
- ostrożnie posługujcie się przednim hamulcem, korzystajcie głównie z tylnego
- je┼Ťli przez ca┼é─ů drog─Ö b─Ödziecie siedzie─ç, nie usi─ůdziecie po dojechaniu na miejsce (akurat o tym dobrze wiedzia┼éem).

Jako, ┼╝e moje do┼Ťwiadczenie rowerowe by┼éo tak mizerne jak kondycja, nacisn─ů┼éem zbyt mocno przedni hamulec na pierwszej szutrowej prostej. Nawet nie wiem kiedy dwa razy przekozio┼ékowa┼éem, zatrzymuj─ůc si─Ö dopiero na krowich kupach. Grube warstwy ubra┼ä, kask oraz cud boski uchroni┼éy mnie przed powa┼╝niejsz─ů kontuzj─ů. Przy odrobinie samozaparcia zjazd mog┼éem kontynuowa─ç. Szutr├│wka okaza┼éa si─Ö by─ç bardziej wymagaj─ůc─ů nawierzchni─ů. Coraz wi─Öcej by┼éo na niej kamieni, dziur i wszelkich nier├│wno┼Ťci. W zwi─ůzku z tym poziom adrenaliny znacznie si─Ö podni├│s┼é. Z ka┼╝dym metrem w d├│┼é ociepla┼éo si─Ö. Sukcesywnie wszyscy zacz─Öli si─Ö rozbiera─ç, aby do celu dotrze─ç ju┼╝ prawie w negli┼╝u. Na ka┼╝dym malkontencie zrobi wra┼╝enie ta b┼éyskawiczna zmiana pogody i klimatu. W kilka godzin rowerem z mro┼║nego, za┼Ťnie┼╝onego La Cumbre w obj─Öcia parnej d┼╝ungli.

Kiedy podr├│┼╝owa┼éem po Peru, jeden z przewodnik├│w t┼éumaczy┼é zasad─Ö, dzi─Öki kt├│rej kondory szybuj─ů, wykorzystuj─ůc zmienne ciep┼éo-zimne pr─ůdy powietrza. Teraz tego dozna┼éem. Co chwila czu┼éem zmieniaj─ůc─ů si─Ö temperatur─Ö. Ciep┼éo-zimno, ciep┼éo-zimno. Fantastyczne. Prawie skusi┼éo mnie to do latania. W ostatniej chwili przypomnia┼éem sobie, co spotka┼éo Pta┼Ťka.

Ostatni post├│j wypad┼é na bramce pobierania op┼éat od turyst├│w za u┼╝ytkowanie drogi. Boliwianos (miejscowa waluta) zbiera┼éa prze┼Ťliczna pi─Öciolatka i uroczy sze┼Ťciolatek. Towarzyszy┼éa im ma┼éa, czarna owieczka, kt├│ra zapl─ůta┼éa si─Ö w nasze rowery.

Boliwijska Droga ┼Ümierci jest ju┼╝ na emeryturze. Nie p─Ödz─ů ni─ů stare, rozklekotane ci─Ö┼╝ar├│wki, wy┼éadowane po dach bananami, czy innymi dobrami. Nie spadaj─ů w przepa┼Ťcie zm─Öczeni i nieuwa┼╝ni kierowcy, ┼Ťpiesz─ůcy si─Ö do celu. W 2007 roku oddano do u┼╝ytku szerok─ů asfalt├│wk─Ö ┼é─ůcz─ůc─ů La Paz z Coroico. I dobrze. Niech Drog─ů ┼Ümierci je┼╝d┼╝─ů ju┼╝ tylko spragnieni adrenaliny ch┼éopcy i dziewcz─Öta.


Autor tekstu Marek Racho┼ä b─Ödzie go┼Ťciem W┼é├│czykija 2009